czwartek, 23 stycznia 2014

Hobbit: Challenge accepted!

     Ach… wracam. Kilka dni bez żadnego posta, ale mam wytłumaczenie – SESJA.
Sesja is coming i jedyne, co robiłam przez ostatni tydzień to siedzenie nad notatkami, ogarnianie o co w ogóle chodzi i co trzeba zaliczyć, pisanie prac zaliczeniowych, raportów i Bóg jeden wie czego jeszcze, by 18 lutego wrócić na tę wspaniałą uczelnię! 
Ale jak to ja.. oczywiście późną nocą znalazłam czas, by coś ciekawego obejrzeć :D

Hobbit: niezwykła podróż oraz Hobbit: pustkowie Smauga!



Sama nie wierzę, że to piszę, ale tak! Obejrzałam dwie części w przeciągu dwóch dni i jakimś cudem jestem zachwycona! Prawdopodobnie spowodowane to jest trzema, ekhm... czterema aktorami w tym filmie występującymi (choć u dwóch z nich urody i wdzięku w tych filmach raczej nie widać). Zacznijmy od tego, że gdyby nie Sherlock, to żadna siła świata nie zmusiłaby mnie do chociażby otwarcia strony z tym filmem, nie mówiąc już o pójściu do kina, jednak trzymający mnie zachwyt po tygodniu spędzonym z tym wspaniałym serialem (oj tam, przecież ma tylko dziesięć odcinków :D) sprawił, że musiałam zobaczyć jak dwaj główni bohaterowie tego cuda radzą sobie z czymś zupełnie innym. 

     Martin Freeman, człowiek według mnie wprost stworzony do roli Hobbita. Choć przez pierwsze dziesięć minut widziałam Johna Watsona, przez kolejne prawie trzy godziny był już tylko i wyłącznie Bilbo Bagginsem.  Jak mnie go było szkoda, jak przyszły do niego te krasnale i wyżarły mu całą spiżarnię! Takie zdezorientowanie na jego twarzy było warte rozpoczęcia śledzenia przygód tych bohaterów :). Biedny za każdym razem ryzykował życie, by uratować wodza krasnoludów – Dębową Tarczę, który wysłał go do Smauga, by znalazł arcyklejnot, a kiedy wiadome było, że Smaug się obudził i Bilbo jest w niebezpieczeństwie powiedział, że nie narazi swojego życia dla włamywacza

No chyba nie! Dobrze, że były tam inne krasnoludy, co przemówiły mu do rozumu. Uff.. (przyp. @BuddhaForMarta Głupie to to!)

    Benedict Cumberbatch czyli oczywiście tytułowy Smaug. O tym, że to on użycza swojego głosu  tej postaci dowiedziałam się przez przypadek i z niecierpliwością czekałam, by go usłyszeć (w końcu to taki piękny głos). Czekałam, czekałam.. prawie półtorej godziny czekałam! I co?! I jak już wreszcie się odezwał, to okazało się, że jest przerobiony.. No Kurde!!! Ale sprawę uratował niezastąpiony Tumblr, na którym @BuddhaForMarta znalazła to:
Jak się okazało, Benedict nie tylko swojego głosu Smaugowi użyczył, ale również Smauga w pewien sposób stworzył.Chciałabym jeszcze coś o nim napisać... ale brak mi słów, które oddałyby jak bardzo Go uwielbiam i jak bardzo szanuję jego pracę.
     Orlando Bloom, czyli znana wszystkim postać Legolasa. 
Jak byłam mała i próbowałam obejrzeć którąś z części Władcy Pierścienii pamiętam, że jakiś potworek (sorry, ale tak naprawdę to ekranizacji tej trylogii nigdy nie widziałam w całości, ale zaplanowałam ją na najbliższe wolne dni :D) zabija pewnego blondwłosego młodzieńca dość brutalnym ciosem toporkiem. To wspomnienie prawdopodobnie spowodowało, że nie sięgnęłam więcej po ekranizację Tolkiena... aż do zeszłego tygodnia. Ja do listopada 2013 roku byłam przekonana, nie mam pojęcia dlaczego, że to właśnie Legolas był tym blondynkiem. Dziękuję mojej przyjaciółce, która mnie z tego błędu wyprowadziła! To w pewien sposób naprawiło moją psychikę.
     No i zamykający listę Manu Bennett, wcielający się w postać Azoga. Manu poznałam kilka miesięcy temu, jak Crixusa, w rewelacyjnym serialu Spartakus. 
Azog, wróg wrogów, w szczególności Thorina Dębowej Tarczy (no i się wcale nie dziwię). Poluje na niego, a co za tym idzie i na inne krasnoludy podążające z nim by pokonać Smauga. 
Przyznaję, że książkę doczytałam do połowy, jako lekturę w podstawówce i nie wiem jak potoczą się losy bohaterów w trzeciej części ekranizacji, jednak trzymam kciuki za Azoga, by nauczył trochę pokory Thorina! 
     Jako odwieczna przeciwniczka tego typu produkcji, po obejrzeniu mogę powiedzieć tym, którzy jeszcze nie widzieli, że... polecam! Filmy idealne na długie zimowe wieczory, pomogą się odprężyć i zrelaksować, a przy okazji rozbawią. Dodatkowo cudowny wkład Eda Sheerana, w postaci utworu I see fire, jako singla promującego film. 

@byjoann

P.S.
Dość często wspominam w mojej pracy o serialu BBC Sherlock, jednak nie piszę o nim osobnej notki. Dlaczego? Po prostu nie wiem co napisać. Serial jest w moim odczuciu małym dziełem sztuki, które każdy kto lubi taki sposób rozrywki zobaczyć. Brak mi słów, którymi mogłabym go w jakiś sposób zrecenzować. Jedyne co mogę na jego temat napisać, to wspaniała obsada, rewelacyjny scenariusz, perfekcyjnie zagrany i podobający się nawet tym, którzy nie byli zachwyceni oryginalnymi dziełami sir Arthura Conan Doyle'a.

piątek, 17 stycznia 2014

Goodbye, brother.

         W środę, po świątecznej przerwie powrócił na antenę serial „Supernatural”. Jako fanka produkcji wyczekiwałam go i ucieszyłam się kiedy w końcu wrócił. Włączając odcinek byłam szczęśliwa, że znowu ujrzę tak dobrze mi znane i lubiane postacie. Mój humor jednak psuł się wraz z kolejnymi minutami, a kiedy pojawiły się napisy końcowe, byłam już lekko zirytowana. No bo ile można oglądać tę samą akcję z lekkimi zmianami w szczegółach? Sam Winchester zostaje opętany w co drugiej serii. Jak nie demon, to Lucyfer, a teraz anioł. Really? Coś tu chyba nie halo… ale dobra, to bym jeszcze przeżyła. Okay, Dean chciał ratować brata, myślał, że będzie dobrze. Scenarzyści mieli taki pomysł, wszystko fajnie. Bardziej zirytowała mnie końcowa scena, w której nasi cudowni bracia Winchester rozstają się. Znowu. Ich kłótnie kończą się tak mniej więcej we dwóch odcinkach każdej serii, żeby w kolejnym bracia znów połączyli swoje siły w walce z demonami, potworami, czy co im się tam napatoczy. Serio to już się robi monotonne i po prostu denne. Zastanawiam się, co stało się z tymi scenarzystami, którzy potrafili stworzyć postać troszkę nieporadnego Castiela, czy genialnego w byciu złym i dobrym jednocześnie Crowleya, a teraz nie potrafią wysilić się chociaż na odrobinę dawnej oryginalności. 



        Moim zdaniem ten odcinek w dużej mierze uratowany został przez postać Crowleya, którego zobaczyć na ekranie, to wręcz czysta przyjemność. Mark Sheppard, który wciela się w postać mojego ulubionego bohatera, króla piekieł, jest fenomenalny w swej roli. Gdyby nie on to po ostatnim odcinku zastanawiałabym się czy naprawdę chcę jeszcze oglądać ten serial. Crowley jednak zachęca. Jego styl bycia, kwestie, które wypowiada… to wszystko przekonuje mnie do tego, żeby jednak dalej oglądać ten serial.
        Mam nadzieję, że ta cała akcja z braćmi Winchester, to tylko chwilowy kryzys twórców i niedługo zobaczę coś co przekona mnie, że oglądając „Supernatural” dalej mogę czuć te same pozytywne emocje, jak wtedy, kiedy oglądałam pierwsze odcinki. Może jestem trochę zbyt negatywnie nastawiona, ale to raczej wina twórców, którzy po prostu przyzwyczaili mnie do wyższego poziomu. 



Pozdrawiam

@BuddhaForMarta

środa, 15 stycznia 2014

Nowość HBO

Kiedy nadchodził czas zakończeń wszystkich seriali, spowodowany świętami i końcem jesiennej ramówki, jak to fanka tego typu rozrywki zaczęłam szukać na stronach telewizji kiedy powrócą oraz co nowego będą nam mieli do zaoferowania po nowym roku. Moją uwagę przykuła jedna z nowości HBO True Detective. Stało się to prawdopodobnie dlatego, że główne role grają tam dwaj rewelacyjni i na pewno nie do końca doceniani aktorzy, Matthew McConaughey (laureat Złotego Globa dla najlepszego aktora za rolę Rona, w dramacie Dallas Buyers Club) i Woody Harrelson, czyli wg mnie para doskonała ;). Choć przed Detektywem mogliśmy oglądać ich razem tylko w dwóch produkcjach, jak Surfer, czy EdTV, to uważam, że aktorsko są dla siebie stworzeni. Nie wiem, czemu ciągle mam przekonanie, że grali oni ze sobą w setkach filmów.. Może dlatego, że patrząc na nich na ekranie, widać, że po prostu bardzo się lubią:). Nawet pomimo, iż nieraz zdarzało im się grać postacie, które delikatnie mówiąc nie należały do przyjemnych ;P, to mimo wszystko zawsze się ich lubi.. przynajmniej ja tak mam, ale przeglądając różne fora na ich temat zauważam, że nie jestem jedyna.

Wracając jednak do Detektywa. Serial opowiada historię dwóch detektywów Rusta i Martina, którzy w 1995 roku pracowali nad sprawą dziwnego morderstwa w Luizjanie. Dwie zupełnie inne postacie, dwa zupełnie różne charaktery. Rust (McConaughey) to człowiek z przeszłością, zamknięty w sobie, który dużo czasu spędził na analizie własnego życia i tego do czego ono prowadzi. Bardzo dokładny, starający się zauważyć i zbadać wszystkie detale sprawy. Martin (Harrelson) natomiast, to dobry policjant, ustatkowany mąż i ojciec dwójki dzieci, który w podczas swojej wieloletniej kariery zawodowej nie musiał użyć broni. Jest spokojny i na początku nie podoba mu się do końca podejście do życia nowego partnera.
Fabuła toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, a bohaterów poznajemy, kiedy są oni w pewien sposób przesłuchiwani, po 17 latach od wspomnianej sprawy, ponieważ miejsce miało podobne morderstwo i tamtejsza policja podejrzewa, że mają ze sobą coś wspólnego.


Nie będę pisała więcej, bo nie chodzi mi o spoilery.
Moje wrażenia po pierwszym odcinku? Starając się nie sugerować sympatią do aktorów, ale bardziej patrząc na treść i jakość, oceniam go pozytywnie. HBO raczej rzadko mnie zawodzi. Nie jest to serial z tych, których oglądanie przyniesie nam dużo śmiechu i radości, ale nie to ma on na celu. Z pewnością czekam na kolejny odcinek i to, jak potoczą się losy bohaterów w kolejnych odsłonach. 





@byjoann





wtorek, 14 stycznia 2014

Dlaczego?

W sumie, to od dawna zastanawiałam się nad założeniem bloga o tym, co kręci mnie najbardziej, jednak nigdy mi się to nie udało. Dlaczego? Nie wiem.. może z powodu braku czasu albo motywacji. Przedwczorajszy odcinek Sherlocka sprawił jednak, że chyba po prostu do tego dojrzałam. Nigdy nie ukrywałam, że kino, seriale i muzyka to rzeczy, które interesują mnie najbardziej i poza żelkami i czekoladą to bez nich nie mogłabym żyć.
Moje studia nie mają nic wspólnego ze sztuką… może to właśnie dlatego urodził mi się pomysł na bloga?! Jako raczej artystyczna dusza, chyba po prostu brak mi miejsca na to, by się kulturalnie wyżyć, bo większość moich znajomych ma zupełnie inne zainteresowania. Rozmawianie o okropnie długim czasie przerwy między kolejnymi odcinkami Supernatural, dyskusja na temat paskudnego charakteru Joffrey’a, czy ostatniego odcinka trzeciego sezonu Sherlocka nie jest dla nich, a ja czasami po prostu potrzebuję trochę odejść od rzeczywistości i zwyczajnie się w ten sposób zrelaksować. Każdy ma w końcu jakieś swoje nałogi… a propos robiłam dziś prezentację na temat uzależnień i chyba sobie uświadomiłam, że sama w pewien sposób do osób uzależnionych należę, tyle że moja miłość do dzieł twórców takich telewizji jak np. FOX, HBO, TheCW czy BBC kończy się ewentualnie na kilku wolnych popołudniach spędzonych z aktualnie ulubionym, czy nowo odkrytym serialem.

Żeby od samego początku nie zanudzać, to napisze jeszcze, że blog poświęcony będzie serialom, filmom i muzyce, którymi to właśnie teraz się najbardziej interesuję, na których to premierę dzisiaj najbardziej czekam, ale również tymi, które były dla mnie ważne kiedyś i dzięki którym mam takie, a nie inne zainteresowania.

Enjoy:)
@byjoann